Life goes on :)

1

Znów nie było mnie tu chwilę. Można powiedzieć – wyszłam za mąż, nie wróciłam zaraz 😉
Ale jestem i kończę zabawę w fatamorganę.

Chciałabym niedługo podzielić się z Wami tym, nad czym pracowałam przez ostatnie miesiące. Dziękuję Wam za tak wiele wiadomości. To bardzo miłe wiedzieć, że jesteście.

Niedługo będę obchodzić pierwszą rocznicę swoich nowych urodzin. To był dla mnie bardzo ważny czas i wyjątkowa podróż. Zakładając stronę „Szczyt za szczytem”, która miała pokazywać atrakcyjność drogi (nie mety) jako celu, nie sądziłam, że przyjdzie mi powalczyć o szczyt najcenniejszy na wszystkich mapach świata. Nie ma piękniejszych widoków od tych, które roztaczają się po doświadczeniu własnej śmiertelności.

Rok temu – mimo wszystko – los się do mnie uśmiechnął. Choć była to gorzka i bolesna lekcja, a lizanie ran liczy się latach, nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze jak teraz. Nigdy też nie byłam tak pewna tego, co chcę robić i, przede wszystkim, czego na pewno nie chcę :)

Stawiam na zielone. Nie tylko z uwagi na wiosnę i warzywa 😉 Zielone, w większości organiczne artykuły na dobre już rozgościły się nie tylko w mojej kuchni. Na zupełnie nieprzeznaczonym do tego, jadalnianym stole leżą miękkie, liczone w metrach, naturalnie piękne materiały i powoli nabierają kształtów. Co to będzie, co to będzie?

Ciekawość wciąga, niepewność ekscytuje. Cierpliwość wciąż nie jest moją silną stroną i … już nie będzie :)

Ściskam Was mocno!
B.

Ten najtrudniejszy szczyt

IMG_0299

Co napisać po tak długim czasie odkąd byłam tu po raz ostatni? – Cześć, jestem? – Wróciłam? To może zacznę tak: przepraszam, że nie było mnie tu, z Wami. Dziękuję za wszystkie przejawy Waszej troski i sympatii. Dodawały otuchy w ostatnim, bardzo trudnym dla mnie czasie.

Pisałam wiele razy o wierzchołkach górskich łańcuchów i szczytach własnych wyzwań, które kształtują naszą osobowość. Pisałam, że zwycięzcy stają na starcie i dalej w to wierzę. Ostatnich kilka miesięcy to wyprawa po najtrudniejszy i zarazem najcenniejszy szczyt, ale droga powrotu do zdrowia bywa pełna lęku i niepewności w oczekiwaniu.

Nie umiem jeszcze napisać co dokładnie się wydarzyło. Próbowałam, ale to wciąż dla mnie za trudne, a łzy same napływają do oczu. Jeszcze widocznie nie czas na to. Jednak bardzo chcę do Was wrócić. Brakuje mi rozmów i kontaktu z Wami. I choć wiem, że nie będzie jak dawniej, teraz będzie inaczej. Może fajniej?

Szybki bilans minionych tygodni:
– 2 tygodnie w szpitalu
– 1 dość skomplikowana, ale pomyślnie zakończona operacja
– 1 przełożony własny ślub
– tygodnie rehabilitacji psychofizycznej
– 1 zarezerwowany, całkiem fajny i ciągle jeszcze mały psiak – niedługo w naszym domu :)
– zmiany planów z biegowych górskich ultramaratonów na – póki co – chodzenie z kijami z „elementami biegu” 😉 trasy do 20 km. Ale może być w górach 😀
– 1 nowy sport
– super świetna zmiana diety i odkrycie mocy witamin
– nowa umiejętność niezajmowania się sprawami, które na pozór bardzo ważne, nie mają absolutnie żadnego znaczenia
– odkrycie, że bycie sobą, w kontakcie ze sobą jest uwalniające i uspokajające najbardziej.

„Człowiek ma dwa życia. Drugie zaczyna wtedy, kiedy zda sobie sprawę, że ma je tylko jedno” – przeczytałam jakiś czas temu. I myślę, że to jedno z ważniejszych zdań na teraz i na później. Dla mnie i dla Ciebie. Ja wykorzystałam już jeden kredyt. Co Ty zrobisz ze swoim?

P.S. Mam do Was jedną, ale bardzo ważną dla mnie prośbę. Uszanujcie proszę, że na razie nie chcę opowiadać jak to się stało i co mi się przytrafiło. To dla mnie świeża i wciąż trudna sprawa. Rozpoczęłam proces oswajania. Jak będę gotowa na więcej na pewno dam znać.

Tymczasem mam nadzieję – do zobaczenia! :) Tutaj, albo gdzieś na szlaku :)

 

Prawdziwą przyjemnością jest bieganie dla przyjemności ☺

DCIM100GOPROG0121484.

15 lat temu przez prawie 10 trenowałam bieganie, z czego 5 lat w ramach klubu sportowego. Miałam dziewięć lat kiedy poznałam smak rywalizacji. Do dziś pamiętam swój pierwszy bieg z o rok starszymi zawodnikami (były takie czasy kiedy nie było dla mnie kategorii wiekowej :)). To był powiatowy bieg przełajowy na dystansie 800 m i moje pierwsze i ostatnie zwycięstwo, w którym więcej było zaskoczenia niż radości. :) I tak się zaczęła moja przygoda z bieganiem. Od tego czasu jeździłam już na każde zawody. Przełaje (dziś nazwano by je modnie trailem ;)) przeplatane z bieganiem na stadionie i przymiarki do różnych dystansów. Choć w testach wytrzymałościowych wypadałam czasem lepiej niż niejeden chłopak, na dystansach powyżej 1500m (!) dopadała mnie nuda. Dlatego moim koronnym 😉 dystansem w terenie było 1500m, na stadionie 800 i 400m ze wskazaniem na ten pierwszy. Kilka lat z rzędu, zawsze w czerwcu, w czasie cotygodniowych mityngów lekkoatletycznych praktycznie „mieszkałam” na poznańskiej Olimpii.
Przełaje biegałam w najróżniejszych zakątkach Polski zarówno w randze wojewódzkiej, międzywojewódzkiej, makroregionu (wtedy trochę inaczej wyglądał podział administracyjny kraju), ale pamiętam też start w mistrzostwach Polski. Trenowałam wtedy 3-4 razy w tygodniu – tyle co na WFie i SKSach (pamiętacie te kółka sportowe?) :) W szkole średniej treningi na WFie już nie wystarczały, a zimowe ferie spędzałam zawsze na zgrupowaniach przygotowawczych trenując po dwa razy dziennie.
Nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam tych obozów i zawsze wracałam bardziej zmęczona niż zadowolona i podbudowana. Ale przecież efekty miały przyjść później.

Jeździłam więc na kolejne zawody, kolejne i kolejne. Im gorzej mi szło na jednych zawodach, tym bardziej rosły oczekiwania co do kolejnych. Kto da radę jak nie Ty -słyszałam zewsząd i w końcu sama zaczęłam to sobie powtarzać. Sama dla siebie stałam się źródłem stresu wyobrażając sobie start i projektując jego przebieg. W przeddzień biegu nie mogłam zasnąć z powodu dręczących myśli – czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam? Pamiętam problemy z jedzeniem, niejedzeniem i kłopoty z żołądkiem w dniu startu pamiętam też. Niezależnie jednak od okoliczności prawda była jedna. Przetestowana na wskroś – im bardziej chciałam tym bardziej nie wychodziło. Ale wtedy nie potrafiłam nie chcieć.

Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca
Przez 10 lat można wystartować w bardzo wielu biegach i chyba tyle ich było – nigdy nie policzyłam. Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca. Jedynym moim celem było osiągnięcie mety. Nie tylko najszybciej jak się da, ale szybciej niż inni. Pamiętam ambicją dyktowane plany, które w zależności od rangi zawodów stawiały mnie w pierwszej 3, 10, 30. Pamiętam też rozczarowania z każdego 5, 15, 35, miejsca – trudno się przecież cieszyć z każdego dowodu na jednak „nie dałam rady”. Radość raczej skromna była także wtedy gdy udało mi się wykonać założoną normę i byłam np. 2, 8, 25. Tuż po przekroczeniu mety przychodziła myśl, że następnym razem będzie „jeszcze” lepiej. Bo przecież zawsze można powalczyć o jeszcze lepsze miejsce, lepszy czas, ładniejszy styl.

To były czasy kiedy nigdy nie było dość dobrze dlatego to mój organizm w końcu powiedział dość. Po jednym z zimowych zgrupowań wróciłam z kontuzją. Pierwsza diagnoza rwa kulszowa – przejdzie. Ale bolało coraz bardziej, zwłaszcza rano. Przestawało kiedy byłam w trakcie treningu i zaczynało boleć gdy wracałam po. Przestraszyłam się dopiero pewnego ranka, kiedy ból utrudniał mi ubranie skarpetek. Dzisiaj po prostu poszłabym do fizjoterapeuty, ale kto 15 lat temu słyszał o fizjoterapeutach? Byli ortopedzi. Dowiedziałam się, że to problemy z biodrem mogące być skutkiem zużycia powstałego ze zbyt dużych przeciążeń. Dostałam skierowanie na fizykoterapię wraz ze stanowczym zaleceniem rozważenia decyzji o wycofaniu się z biegania. I wiecie co wtedy poczułam?

Ulgę. Że będę mogła zrezygnować. Nie dlatego, że się poddałam, ale z powodu siły wyższej. Ileż to razy podejmowałam w głowie taką decyzję, ale zawsze brakowało mi odwagi. W końcu jednak temat „bieganie” odwiesiłam do szafy i na długie 15 lat się obraziłam. Niespełnione ambicje bolą najbardziej i to nie czas leczy rany.

Kiedy 15 lat później zaczęłam zauważać potrzebę generalnych zmian w swoim życiu, zdecydowałam się spełnić swoje dziecięce marzenie o jeździe konnej. W jednej z książek o jeździectwie przeczytałam wtedy, że basen i … bieganie jest najlepszym treningiem uzupełniającym. Basen OK, ale bieganie??? Do tej pory nikomu nie udało się mnie namówić na żadne bieganie, nie nabierałam się też na tzw. spacero – przebieżki. Bieganie było złe. Bieganie było nudne. Bieganie było.

Ale to był nie konie_c 😉 
Długo wahałam się czy spróbować. Kilkanaście razy zdążyłam być na basenie, ale z bieganiem wciąż nie było mi po drodze. Przecież ja nawet nie miałam butów do biegania! Na jednej parze air maxów w kwiaty zaczynał i kończył  się mój arsenał sportowego obuwia. Ale spoglądałam na nie i łamałam się nieraz, aż w końcu wracając ze stajni po dobrym treningu, pomyślałam OK. Zrobię to. Skoro ma mi to pomóc w realizacji marzenia, ubiorę te buty i wyjdę. Spróbuję. Przecież umiem. Nie bolało choć było dziwnie. Jak spotkanie z kumplem, który 15 lat mieszkał gdzieś indziej. Niby wciąż śmiejecie się z tych samych żartów, ale czujesz, że jest inaczej i wiesz, że nie będzie już tak jak wcześniej.

Inaczej nie znaczy gorzej, inaczej znaczy inaczej
Od tamtego czasu minął rok. Krótko po tej przebieżce spadłam z konia i zerwałam więzadło krzyżowe. Stacjonarny rowerek, a potem bieganie stało się głównym sposobem na wzmocnienie mięśni. Dzisiaj biegam inaczej niż 15 lat temu. Nie liczy się już miejsce, które zajmuję dobiegając do mety. Ciągle liczy czas, ale inaczej. Dzisiaj moim celem nie jest osiągnięcie mety w jak najkrótszym czasie. Bieganie jest czasem dla mnie więc go nie skracam ☺ Szanuję, dopinguję i podziwiam wszystkich sportowców za determinację, hart ducha, siłę i najsilniejsze ze wszystkich – pragnienie sukcesu. Prawdopodobnie jest ono główną siłą napędową każdej dyscypliny. Bez niego nie byłoby rekordów, spektakularnych widowisk i emocji. I za każdą dziękuję, ale prawdopodobnie jeśli spotkamy się na ścieżce nie będę się ścigać. Bo już tam byłam. Teraz biegam i rozglądam się wokół. Nigdzie się nie spieszę. Daję sobie czas na doświadczanie. Na mecie nikt nie wydaje reszty z niewykorzystanego czasu.
Czy jestem mniej ambitna niż wtedy? A próbowaliście się kiedyś nie ścigać? :)
Moją ambicją jest uprawianie sportu dla przyjemności. Startuję w zawodach, ale nie dlatego, żeby z Wami wygrywać, ale żeby Was poznać, dowiedzieć się czegoś, coś odkryć, zauważyć, poczuć, usłyszeć. Całkiem sporo tego. I uzależnia bardziej niż zdobywanie kolejnych, coraz wyższych miejsc. Z biegania dla przyjemności się nie spada, a kiedy nie będzie przyjemności, nie będzie biegania. To proste ☺

Uwielbiam urodziny! Każde. Nawet własne po 30 ;)

DSCN9792

Piszę ten tekst w przeddzień swoich urodzin i już nie mogę się doczekać. To dla mnie jeden z najcieplejszych dni w roku. Jest wyjątkowym, spersonalizowanym świętem, które obchodzi się z najbliższymi. Mimo upływu lat radość z każdego, najmniejszego dowodu sympatii jest taka sama. To ciągle ten sam uśmiech od ucha do ucha tylko zmarszczek wokół, jakby trochę więcej. I tak jak jeszcze niedawno złościłam się na każde nowe „znalezisko” będące dowodem upływu lat, a na pytanie o wiek odpowiadałam pierwszym z brzegu sucharem – „18 lat plus VAT”, dzisiaj mi przeszło.

Właśnie kończę 33 lata i … nie chciałabym mieć mniej. Więcej – mam nadzieję przyjdzie z czasem. Nie zamieniłabym żadnego roku na żaden inny. Nawet jeśli było pod górę, nawet jeśli mimo starań coś traciło sens, a marzenia zmieniały się w inne, to po coś to było. Zrozumiałam, że w życiu najważniejsze jest… życie. Jednocześnie doskonałe i ułomne w swojej nieprzewidywalności.

Jeszcze trzy lata temu, podczas magicznej przemiany z 2 na 3 :) na liczniku lat nie do końca rozumiałam znaczenie słów mojej Mamy, która składając mi życzenia na koniec dodała: ”wiesz córuś, tak naprawdę zazdroszczę Ci tego wieku bo to najpiękniejszy czas w życiu kobiety”. Nie rozumiałam dlaczego teraz miało być inaczej niż wcześniej. Myślałam, że już zawsze będzie tyle spraw do załatwienia, tematów do dogrania, że bez 100% zaangażowania coś stracę, a tak bardzo nie chcę. Byłam pewna, że ciągle muszę biec. Że nie wolno mi się zatrzymać bo kto się zatrzymuje ten się cofa. Świat nie stoi w miejscu – powtarzałam.

Dziś już wiem co miała na myśli Mama. Świat oczywiście nie stanął w miejscu, ale mnie udało się w nim zatrzymać. Dowiedziałam się wtedy o sobie paru nowych rzeczy. Niektóre potrafiłam już nazwać wprost, inne przyszły później. Do młodzieńczej odwagi i zapału dołączyła dojrzałość. Dzisiaj pozwalam sobie nie tylko na radość, ale i na strach. Wypowiadając marzenie zamieniłam „muszę je zrealizować” na „fajnie by było” i uczę się czerpać radość z każdego dnia.

A radość w dniu urodzin jest potrójna. Dlatego w dniu swoich urodzin życzę Wam wspaniałych Waszych – każdego roku. Świętujcie. Nieważne „który to już raz”. Przecież nikt nie wie co będzie za rok, za tydzień, jutro. Cieszcie się i zapamiętujcie te chwile. Gromadźcie uśmiechy w jedną ciepłą chmurę i noście ją nad głową w razie życiowej niepogody. Pamiętajcie tego dnia o Rodzicach (chociaż na pewno to oni będą pamiętać o Was 😉 ) To przecież kolejna rocznica ważnego, jeśli nie najważniejszego wydarzenia w ich życiu. Uściskajcie mocno Mamę. To także jej święto.

Całusy.
B.

Nie bądź chomikiem w kółku :) chyba, że chcesz

IMG_0666 (1)

Wiem, że o organizacji czasu napisano już setki podręczników, przeprowadzono tysiące szkoleń w których udział wzięły setki tysięcy osób. Wszystko po to, by nauczyć Cię planowania Twojego czasu i panowania nad Twoim życiem. SKUTECZNIE i EFEKTYWNIE. Czyli jak? Przecież dla Ciebie i dla mnie efektywnie może oznaczać coś zupełnie innego.

Jak skutecznie zacząć?
Jeszcze niedawno zadawałam to samo pytanie co niektórzy z Was, którzy piszą: „jak to robisz, że pracujesz, biegasz, masz czas na podróże, pisanie, czytanie. Ja po pracy nie mam czasu na nic”. Dokładnie wiem, jak brzmi zwłaszcza to ostatnie zdanie – powtarzałam je sobie ilekroć trafiałam na coś, co wydawało mi się interesujące, czego chciałabym/mogłabym spróbować, no ale – przecież byłam taka zapracowana, nie miałam czasu, ciągle w biegu, albo na wiecznym zmęczeniu, niedospaniu, adrenalinie – ciągle z góry na dół i znów w górę. Lata mijały jak tygodnie, coraz szybciej i szybciej. Krajobraz jak u chomika biegającego w kółku. Chomik nie liczy okrążeń, nie wie po co tam włazi, ale wchodzi i biegnie.

KROK 1: UŚWIADOMIENIE
Kiedy zorientowałam się, że wpadłam w tę pułapkę? Przypadkiem – podczas jednej z rozmów z moją Mamą zdałam sobie sprawę, że dość dokładnie pamiętam co działo się w moim życiu do mniej więcej 24. roku życia. To czas przypadający na studia, pierwsze prace, pierwsze własne udane i udane mniej projekty, zbieranie doświadczeń w życiu i do CV. A potem? Prawie 10 lat w jednej sklejonej, bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni.

KROK 2: WALKA
Znalazłam się w sytuacji, z którą mogłam coś zrobić lub dalej nie robić nic – oczywiście z powodu braku czasu, pracy, zmęczenia, ogromu cudzych spraw, których w przeciwieństwie do własnych, nie mogłam odłożyć „na później”.

Walczyłam – sama ze sobą, z wyrzutami sumienia, z obezwładniającym poczuciem obowiązku i przywiązaniem do „pani perfekcyjnej, która robi coś na 100% albo wcale”. Z tym ostatnim walczyłam najdłużej. Jeszcze wiele okrążeń pokonałam we własnym kółku, zanim w końcu dotarło do mnie, że nikt, nigdy nie jest w stanie zrobić czegoś na 100% i że 80% napędza gospodarkę bardziej, czy – jak kto woli – efektywniej 😉 :)

KROK 3: WYKORZYSTYWANIE SZANS
Skoro więc od teraz miałam robić wszystko na 80% to zostało mi 20% do zagospodarowania. Nie zastanawiałam się długo na co wykorzystam zaoszczędzony czas. Skoro tak długo nie dbałam o siebie i własne potrzeby, trzeba było zacząć od początku – od spełniania jeszcze dziecięcych marzeń. Dokładnie pamiętam dzień, kiedy zadałam sobie pytanie: „dobra, to co tak naprawdę chciałabym zrobić gdybym miała na to czas?” To był jeden mały impuls, ale o takiej sile sprawczej, że jeszcze tego samego dnia znalazłam stajnię i umówiłam się na jazdę konną. Wkręciłam się w to szybko – przecież wiedziałam, że tak będzie. Wstawałam nad ranem, jeździłam 20 kilometrów w jedną stronę, przed pracą, po pracy, w weekend (kiedy się tylko dało) by żyć inną chwilą niż dotychczas. Po to, by wpleść w te 100% czasu, który mamy do dyspozycji coś wyłącznie dla siebie, dla własnej, osobistej radości. Tydzień mijał za tygodniem, ale już nie budziłam się zmęczona, na kanapie przed telewizorem, o 4 nad ranem. Teraz musiałam/chciałam wstawać o 6.00, żeby zacząć dzień od czyszczenia koni przy wschodzie słońca.

Myślicie, że zasypiałam w pracy? :) Nieee, przychodziłam tam z uśmiechem na ustach, endorfiny po dobrym treningu trzymały mnie przynajmniej do połowy dnia. Zadania w pracy wykonywałam szybciej, ale nie gorzej :) i z większą motywacją bo przecież teraz miałam do czego się spieszyć. To trochę jak z maminym: „pójdziesz na dwór jak odrobisz lekcje” – pamiętacie to? :)

Odrabiałam i odrabiam więc te lekcje najlepiej jak potrafię. Świat się nie zawalił, a ja postanowiłam w życie po pracy wprowadzić tę samą zasadę co w pracy. Skoro kiedy jestem w pracy, jestem w pracy, to kiedy mnie tam nie ma, to mnie tam nie ma.

I oczywiście są i zawsze będą sytuacje, które będą zmieniały to postanowienie, ale sztuką jest odróżnić to, co może poczekać do jutra. Wbrew pozorom, tych naprawdę pilnych, ważnych spraw nie ma zbyt wiele.

I choć dziś już nie jeżdżę konno, znalazłam inne zajęcia, które sprawiają, że jestem szczęśliwa; że mam możliwość złapania zdrowego balansu pomiędzy pracą a życiem po pracy. Bo ono istnieje. Nawet jeśli miałoby to być „tylko” 20% Twojego czasu. Mnie się mieści tam całkiem sporo – bieganie (już nie mogę doczekać się dłuższych dni), wypady w góry, trening z elementami crossfit, angielski i joga, (wczoraj pierwszy raz byłam na zajęciach z tańca :D) I jest tam jeszcze czas na życie rodzinne, na spotkania ze znajomymi, na dobrą książkę i czasem też na nicnierobienie :)

Że dużo i po co to wszystko? Bo życie jest krótkie i dzieje się teraz. Nie jutro i nie później. Nie wszystkie zaległości z przeszłości da się nadrobić, ale wcale nie trzeba.

Przecież gdyby nie ta nasza przeszłość, nie byłoby nas w miejscu jakim jesteśmy. Że nie jest idealne? Nigdy nie jest i nigdzie nie będzie. Pomyśl co możesz zrobić z tym co masz. I nawet jeśli po przeczytaniu tego zdania masz ochotę powiedzieć „bla bla bla” (ja tak samo reaguję na „efektywne wykorzystywanie czasu wolnego”), zastanów się nad tym. Na pewno jest coś, co możesz spróbować zmienić. Metodą małych kroków, ale to musi być coś konkretnego. Zadanie. Takie, które wykonasz. Nie wymagaj od siebie zbyt wiele na początek. Chcesz przebiec maraton? Świetnie. Zacznij od wstania z kanapy. Spróbuj. Zwycięzcy stają na starcie.

Krok 4: ŻYJ, BĄDŹ SZCZĘŚLIWY. Nigdy nie będzie lepszego czasu niż teraz.

PS. Ci którzy mówią, że w życiu chodzi o coś więcej niż chodzenie do pracy i płacenie rachunków naprawdę mają rację.

Wysokie Tatry. Łomica (2 634 m n.p.m.) – zimowe wejście i magiczny powrót

Zrzut ekranu 2016-02-06 o 22.47.18

Kiedy jestem w górach nie myślę o jutrze. Nie obchodzi mnie też cały kalendarz zaplanowanych spraw „na później”. W górach nie ma później i nie ma tam. I choć wiem, że jest to tylko na chwilę, im częściej przechodzę na tę drugą stronę lustra, tym trudniej mi wracać. Co tak sprawia?

Siedzę znów nad kalendarzem i planuję teraźniejszość odroczoną o dzień, tydzień, spotkanie „x” w sprawie „y”. Spoglądam w okno – pada. Ale nie czuję. Ani zapachu deszczu, ani zimna na skórze. Nie czuję wiatru, a sądząc po resztkach liści na drzewach – wieje. Powietrze, którym oddycham jest suche i ciepłe – tak bardzo nie pasuje do „teraz” za oknem. Kiedy potrzeba jest większej odwagi i wytrwałości? Tam, kiedy w śniegu po pas idzie się w górę, czy tutaj – siedząc za biurkiem, w cieniu grzejnika?

Uwielbiam góry za to, że mogę być odważna i jednocześnie się bać, że mogę być silna i zmęczona, że mogę być sobą i po swojemu być szczęśliwa. Do niedawna kiedy tylko zima pojawiała się na horyzoncie, mój plan aktywności najdalsze wędrówki zakładał w różne części… kanapy. W skład ekwipunku wchodził obowiązkowo gruby koc, wełniane skarpy, książka i kubek gorącej herbaty. Oczywiście starałam się zmieniać punkty widokowe z oparcia na siedzisko, wykorzystując trzy znane i opanowane do perfekcji techniki: siedząc, leżąc lub półleżąc.

Tak było jeszcze w ubiegłym roku. Tymczasem za dwa tygodnie biegnę Zimowy Ultramaraton Karkonoski, a dwa tygodnie temu, po świeżym opadzie śniegu, dałam się namówić 😉 na prawdziwie zimowe wejścia w Tatrach – na Łomnicę i Świnicę. I choć w obliczu zdobytej właśnie Nangi Parbat to może drobiazg, dla mnie to „Everest” z którego jestem ogromnie dumna. Myślę, że to właśnie możliwość przezwyciężenia własnych słabości jest jednym z piękniejszych górskich darów. Suma własnych strachów i dowodów odwagi podczas każdej wyprawy staje się grą w ciepło – zimno, z tą różnicą, że nie wiadomo czy więcej jest strachu, czy rosnącej odwagi kiedy podchodzisz wyżej.

Kolejnym szczytom przedstawiał nas Grzegorz Bargiel – międzynarodowy przewodnik IVBV, z którym wcześniej zdobyliśmy Mnicha i Gerlach. Cenimy jego profesjonalizm i spokój nawet wtedy, gdy po drodze na Łomnicę mijamy inną ekipę, która po dojściu do połowy drogi zawraca w dół. Grzegorz rzuca tylko jedno zdanie – Na razie jest OK, ale jeśli uznam, że dalej jest zbyt niebezpiecznie, zejdziemy w dół – bez chwili wahania. Jak zwykle nie mamy wątpliwości, że wie, co robi. Trochę pewnie dla odwrócenia naszej uwagi od myśli o możliwym zejściu, pokazuje nam różne rodzaje śniegu, i jak ominąć ten, który przy określonych warunkach mógłby wywołać lawinę. Pewnie w przypływie strachu robię dziwną minę bo właśnie wtedy, jakby w odpowiedzi, słyszę, że dzisiaj zagrożenie lawinowe jest niewielkie. Śnieg jest zbyt sypki, a pod spodem zalega jeszcze ten z listopada. Przyjmuję to za dobrą monetę, ale jeszcze nigdy nie gapiłam się na śnieg jak wtedy. Idę dalej, co dwa kroki wbijając czekan i przepinam linę zgodnie z instrukcjami.

Pogoda jest piękna. Choć rano mocno wiało i padał śnieg, w południe świeci słońce. Na twarzy i karku czuję przyjemne ciepło, a wokół roznosi się zapach topniejącego w słońcu śniegu. Uśmiecham się chyba bez przerwy mimo zmęczenia. Zamykam na chwilę oczy, biorę głęboki oddech i słyszę już tylko bicie swojego serca i miarowe pulsowanie na skroni. Uwielbiam to uczucie kiedy już bardziej chyba nie da się być w tej jednej chwili. Jeszcze jedna długość liny, ostatnich kilka metrów i… jest pięknie kiedy wchodzimy na szczyt.

U góry praktycznie nie ma nikogo poza turystami czekającymi w schronisku na kolejkę zwożącą w dół. Ale my, mimo początkowego planu na zjazd, decydujemy się schodzić. Nie mamy zbyt wiele czasu, ale pełną determinację. Aparaty lądują na dnie plecaków, uzgadniamy brak przerw bez potrzeby. Jak zejście, to w tempie. Pierwsze partie zjeżdżamy na linie, kolejne schodzimy szybkim marszem i zaczynamy biec. Jak okiem sięgnąć przestrzeń, pola białego puchu z gdzieniegdzie widocznymi jeszcze śladami, które zostawiliśmy tutaj podczas podchodzenia. Niesamowite, że dzisiaj nikt nie był tu przed nami i po nas. Uśmiecham się tak, że powoli zaczynam słyszeć swój śmiech – to jeden z tych momentów, kiedy mam ochotę spojrzeć w niebo i krzyczeć ze szczęścia. Ale zamiast tego bawimy się ze śniegiem. Mamy go po kolana ale cięgle zbiegamy z góry. Odwracam się na chwilę by spojrzeć na te trzy, nowe oddzielnie pozostawione ślady. W tym momencie zza góry wysuwa się zachodzące słońce rzucające na nas czerwono – filetowy cień. Piękna chwila. Jedna z tych niewielu kiedy chcesz jednocześnie uchwycić myśl, złapać zapach, zatrzymać się na chwilę będąc ciągle w ruchu. To ułamek sekundy, a tyle się dzieje. Zrobiłabym zdjęcie, ale umowa to umowa, więc biegnę zapamiętując.

Na dole znaleźliśmy się po 42 minutach od decyzji o schodzeniu. I to była druga tego dnia, najlepsza decyzja. Dziękuję za każde 60 sekund, za każdy oddech tamtym powietrzem, za przyspieszone bicie serca i ten jeden zatrzymany w pamięci magiczny moment – cenniejszy dla mnie niż sam szczyt.

Wiecie co było dla mnie zawsze najtrudniejsze kiedy wracałam z różnych podróży? Zmiana stref czasowych i konieczność szybkiego dopasowania się do nowej rzeczywistości. Ale dotychczas nie było trudniej niż po powrotach z gór. Kiedy bowiem w jednej chwili Twoja teraźniejszość zamienia się w przeszłość, a przyszłość zapisana w kalendarzu zaczyna się o Ciebie upominać, dopasowanie się wymaga wysiłku. Odwagi i wytrwałości potrzeba w górach, ale i nie mniejsza determinacja potrzebna jest w stawianiu czoła tym zaplanowanym wcześniej dniom, tygodniom, spotkaniom „x” w sprawach „y”. Cierpliwości z kolei, potrzeba by czekać na teraźniejszość kolejnej wyprawy i jednocześnie żyć, tu na dole – najpełniej jak się da. A da się. Zwłaszcza wtedy, kiedy o tym co tam, u góry, można tęsknić. Tęsknota, jako jedyna nie ulega przedawnieniu i nie da się jej zaplanować. Ona jest.

Tromso Skyrace – mój pierwszy biegowy szczyt – zaszczyt. Startuje kolejna edycja!

Tromso_Skyrace

Dwa dni temu ruszyły zapisy na kolejną edycję biegu Tromso Skyrace w Norwegii. Jeśli w swoim planie startów przy tej pozycji wpisaliście znak zapytania – wymażcie go czym prędzej lub zakreślcie i zacznijcie organizować transport :)

W ubiegłym roku miałam przyjemność stanąć na linii startu tego biegu i już zawsze będę mogła powiedzieć, że był to mój pierwszy bieg górski, pierwszy po 15 latach przerwy od biegania i pierwszy po niezrekonstruowanym więzadle krzyżowym. W mojej pamięci już zawsze zostanie jako ten, który pokazał mi po raz pierwszy (a jakże), że niemożliwe zostawia się bezpieczne w domu, tuż po przejściu przez próg.

Pamiętam swój nieoswojony strach na linii startu. Onieśmielenie obecnością wielu światowej klasy biegaczy ultra tuż obok. Tromso Skyrace odbywające się 350 kilometrów powyżej koła podbiegunowego to przecież marzenie niejednego górskiego biegacza. Moja obecność wydawała mi się więc nieadekwatna – tym bardziej, że nie śmiałam nawet planować tu swojego udziału. Ale stało się :) – spędzałam wakacje w Norwegii i akurat w ostatniej chwili zwolniło się miejsce na 20 kilometrowy bieg wokół szczytu Tromsdalstinden. Nie przygotowywałam się do tego biegu a przecież nawet takiej odległości nie biegnie się z marszu. I oczywiście mogłam tak biadolić w nieskończoność, ale mogłam też nie.

Dzień przed startem od organizatorów biegu – Emelie Forsberg i Kiliana Jorneta odebrałam swój pierwszy pakiet startowy (do dziś mam kartkę z numerem :) ) i od tego czasu myślami wybiegałam dzień naprzód. Rano, w dzień zawodów, po dwutygodniowym pobycie w Norwegii, zobaczyliśmy  polską, znajomą twarz. Mimo wszechogarniającej wszystko wokół mgły, rozpoznaliśmy światowej klasy polskiego biegacza ultra. Z Marciem Świercem spotkaliśmy się pod stacją kolejki na górę skąd odbywał się start zawodów. Kto nie skorzystał z opcji wjazdu na górę – pierwsze metry przewyższenia zdobywał właśnie tu.

Marcin oczywiście bieg w głównym biegu – 45 kilometrów z przewyższeniem +/- 4 500 i najwyższym punktem na szczycie Hamperokken. Mimo wcześniejszego wypadku i niepewności startu Marcin dobiegł do mety na wysokiej 15 pozycji. Zwycięzcami biegu głównego byli wśród mężczyzn: Jonathan Albon, Luis Alberto Hernando, Rolf Einar Jensen. Wśród kobiet rywalizacja o pierwsze miejsce trwała niemal do ostatnich metrów, ale ostatecznie pierwsza na metę wbiegła Emelie Forsberg, za nią Mira Rai i Malena Haukøy.

Bieg o długości 20 kilometrów z przewyższeniem +/- 1600 metrów wokół szczytu Tromsdalstinden wygrałam ja. I ponad stu innych biegaczy z całego świata, którzy zameldowali się najpierw na linii startu a potem na linii mety tego biegu. Nie sposób opisać wrażeń, atmosfery wokół tego wydarzenia. Nie sposób też opisać widoków. Może dlatego, że poza mgłą nie było wiele widać 😉 Dzisiaj, kiedy patrzę na zdjęcia ze strony Organizatorów wydaje mi się, że to zupełnie inny bieg :) Ale to tylko kolejny element, który czyni to wydarzenie jeszcze ciekawszym.

Ten bieg jest esencją Norwegii. Piękny, pełen kontrastów, żywiołowy, ale też niedostępny w pierwszym wrażeniu. Stopniowe podchodzenie bliżej to oswajanie surowości. Mgła zasłania oczy, ale wyostrza węch. Nawet zdjęcia z Tromso Skyrace pachną wolnością.

Polecam ten bieg i kładę obie nogi (tę bez więzadła też :), że będzie się Wam podobało. Loty do Tromso najlepiej ogarnąć z przesiadką w Oslo Gardermoen. Ze znalezieniem noclegu nie powinno być problemu. Można skorzystać z sali zapewnianej przez Organizatorów lub z pola kempingowego niedaleko startu biegu albo po prostu z oferty hosteli czy hoteli w Tromso. Nie powinniście długo szukać – Tromso jest miastem studenckim, a w sierpniu studenci są na wakacjach. Chyba, że biegną Tromso Skyrace 😉 :)

Więcej informacji o biegu i zapisy na stronie: http://tromsoskyrace.com

Więcej o naszej wyprawie do Norwegii przeczytacie w dwóch wcześniejszych wpisach:

Główne zdjęcie tego wpisu pochodzi ze strony Tromso Skyrace. Na wszystkich moich jest mgła  :)

 

Biegam bez słuchawek – lubię mieć las w 5D :)

Zrzut ekranu 2016-01-30 o 18.43.34

Niedługo minie rok od czasu, kiedy trochę przypadkiem, wróciłam na sportową ścieżkę. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy nieśmiały podbieg kilka tygodni po zerwanym więzadle krzyżowym – miałam przygotować mięśnie do operacji rekonstrukcji tego brakującego ogniwa 😉 Chciałam przecież na powrót usiąść w siodle. Taki był cel.

Zabawne, kiedy środek do celu staje celem samym w sobie, a poprzedni cel marzeniem w przykrótkich nogawkach. Niby fajnie – to ciągle te same ulubione wytarte sztruksy, ale coś zaczyna uwierać. Uwiera dotąd, dokąd nie otworzysz się na nowe. Nie siadam już w siodle – choć czasem zajrzę jeszcze do stajni. Nie zmieniła się moja miłość do koni, ale dziś już tylko podziwiam je za wolność. Ich wolność. Tak silną, że chyba nie mam prawa jej ograniczać sobą.

Swoją wolność znalazłam gdzieś indziej. W górach, na ścieżce w lesie, w parku. Ta nowa, zamiast czterech kopyt ma dwa buty na własnych nogach. Jaką przeszłam drogę by to zrozumieć zdałam sobie sprawę wczoraj rano – biegając przed pracą. Wyszłam do pobliskiego lasku przed 8.00. Nie było śladu po śniegu i żadnego innego śladu, bo park o tej godzinie jest pusty.

Cicho, pusto, błotniście i morko – topniejący śnieg zmienił się w głębokie kałuże z lodową podstawą – piekielnie śliską. Warunki na trening trudne, ale idealne na trening z uważności. Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do odgłosów pustego lasu przy spadających po resztkach liści kroplach deszczu. Kiedy robią to szybko, masz wrażenie, że ktoś za Tobą biegnie – dziwne uczucie, ale szybko się przyzwyczajam. Nowy zapach – trochę jakby wiosna, ale jeszcze nie. Wilgoć – czuję ją w powietrzu, widzę nawet na zegarku kiedy od czasu do czasu spoglądam – przecież przyszłam zrobić trening! :)

Biegnę. Trening nie jest łatwy, ale go lubię: 20 minut rozgrzewka, 10 minut w tempie, 5 minut trucht, 10 minut w tempie i 5 trucht. Kiedy biegnę pierwszą 10’ zza zakrętu wpadam nagle na lód, włączam wsteczny i sama się śmieję – dobrze, że nikt tego nie widział bo Myszka Mickey to przy mnie chyba mały Pikuś. Śmieję w głos – przecież nikt nie słyszy – a jeśli nawet, to co. Biegnę dalej, ale z jeszcze większą uwagą. Pamiętam przecież, że brakujące ogniwo jest brakujące wciąż 😉

Dobiegam do końca czasu – uff, zmęczyłam się więc jestem zadowolona. 5 minut z nogi na nogę poświęcam na uspokojenie oddechu. Głęboki wdech razem z zapachem „jeszcze nie wiosny” i wydech. Spoglądam w niebo i jednocześnie wpadam w błoto – i cieszę się jak dziecko. Ciągle jeszcze potrafię. Na kolejną dychę przenoszę się na inną „pętlę” – może będzie mniej lodu. I jest. Tylko w pewnym momencie dobiegam do jeziora. Nie było go to wcześniej. Jak okiem sięgnąć od lewej do prawej woda. Ani jej przeskoczyć, ani obejść. Nie zastanawiam się długo – na przełaj!

Woda zimna – lodowata wręcz – i po kostki. Pod spodem też jest lód, więc to raczej przeprawa niż niepostrzeżone „przemknięcie na paluszkach”, ale fajnie chlupoce i błoto się zmyło 😉 W stopy zimno jest tylko przez chwilę bo momentalnie dociera do nich ciepło z pozostałych części ciała. Fajne uczucie i samo się dzieje. Dobiegam do końca czasu i wydłużam o 10’ czas truchtu – nie chce mi się wracać. Spóźnię się do pracy, ale nadrobię. Po dobrym treningu chce się wszystkiego bardziej. Zmysły wyostrzone potrafią docenić nawet (zwłaszcza!) smak czystej wody.

Kiedy rezygnujesz z marzenia świat się nie kończy. On się tam zaczyna.

mms_20141006_233023

Jeśli teraz poprosiłabym Cię, żebyś  pomyślał o zrezygnowaniu z czegoś wartego Twojej uwagi, to co by to było? Pewnie pomyślisz o wyjściu do kina, weekendzie ze znajomymi, o najbliższym treningu, koncercie, wypadzie w góry, może nawet o dodatkowej pracy. Ale gdybym dodała, że chodzi o realizację jakiegoś marzenia. Odpuściłbyś?

Ja to zrobiłam. Zrezygnowałam choć nikt mnie o to nie prosił. I mimo, że biłam się z myślami, a – „jak nie ty, to kto” dźwięczało w uszach częściej niż zwykle, wybrałam inną drogę. Zostawiłam coś, czemu poświęcałam sporo czasu, wkładałam serce, a w zamian dostawałam radość i wolność. Rozstałam się z tym marzeniem fizycznie, ale cały czas staram się być uważna na siebie w tej „stracie”. Obiecałam sobie, że jeśli zatęsknię, wrócę. Bo czasem „nie”, znaczy „nie teraz”.

Pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów o swojej miłości do koni. O dziecięcym wyobrażeniu rozwianych włosów podczas galopu i o tym, że po latach zwlekania, przekładania i szukaniu wymówek, w końcu udało mi się poczuć ten wiatr we włosach. Pisałam wtedy, że są rzeczy ważne i ważniejsze a emocje silne i silniejsze. Że chęć realizacji marzenia zawsze silniejsza jest niż strach i ważniejsza niż niepowodzenia, których doświadczamy po drodze. I ciągle się z tym zgadzam. Przecież upadek, zerwane więzadło, wizja operacji, rehabilitacja nie odwiodły mnie od celu. One mnie zmotywowały.

Pewnie gdyby nie to, nie wiedziałabym ile radości może przynieść pierwszy stabilny krok, nie wróciłabym do biegania, a góry –  podziwiałabym ze zdjęć i co najwyżej z wysokości górskich schronisk. Nie doświadczyłabym też wielu innych wrażeń. I jednego, które sprawiło, że w jednej chwili, każdym najdrobniejszym nerwem poczułam, że najważniejszym i najsilniejszym ze wszystkich pragnień jest chęć życia.

To był mój pierwszy Hubertus. I pierwsza, długo wyczekiwana wycieczka konna poza teren stajni – w nagrodę za pracę i postępy. Mimo, że upłynęło już sporo czasu, a upolowane tego dnia lisie ogony pokrył kurz, pamiętam ten dzień dokładnie. Słoneczny poranek ostatniego dnia października. Atmosfera pracy w stajni, odświętne stroje jeźdźców, jasne czapraki, ozdobne ogłowia. Unoszący się w powietrzu zapach końskiego czyścidła i skórzanych elementów wyposażenia połyskujących w świetle słońca. Piękny dzień, idealny na spacer.

Zakładam siodło i kiedy gramolę się na grzbiet wiem, że od tego momentu w części zależę od niego, ale odpowiedzialność jest tylko moja. Wiem, że to tylko zwierzę, że ucieka w razie zagrożenia, że widzi więcej niż ja, że jest silniejsze, ale mimo tego bardziej się boi. Wiem to wszystko, ale właśnie sadowię się w siodle. Sprawdzam popręg, ostatni raz poprawiam strzemiona, klepię ją po karku. To wszak moje i jej święto. Piękny dzień, idealny na spacer.

Pamiętam leśną ścieżkę, jezioro i jej rozwianą grzywę. Czuję zapach przegniłych na wpół liści. Słyszę tętent kopyt i ciągle te słowa: „w sytuacjach zagrożenia najgorsza jest panika”. Czy wtedy spanikowałam? Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam za to szkolne boisko. Takie jakich wiele – dwie metalowe, białe bramki, jedna kolorowa piłka, dzieci w odblaskowych kamizelkach – szkolny mecz bez widowni. I nagle – jest gol! Ci w pomarańczowych się cieszą.

Świst siatki, w którą wpada piłka powoduje jednak poderwanie się konia. Uspokajam ją głosem, poklepuję po szyi, staram się nie spinać, żeby nie dawać jej dodatkowych bodźców. To są ułamki sekund, ale w momencie kiedy wydawało mi się, że uda się opanować tę sytuację słyszę donośny, piłkarski gwizdek. I już wiem, że się nie uda. Galop, dziki galop. „Aaaaa, to tak zachowuje się koń, który się płoszy” – to pierwsza myśl jeszcze nieświadoma zagrożenia. Ściągam wodze na siebie, zaciskam przywodziciele, zapieram się w strzemionach ile sił. Staram się zatrzymać, zwolnić za wszelką cenę. Czuję, że wędzidło nie działa, popuszczam więc wodze, żeby je uwolnić, i mimo, że chwilowo przyspiesza, potem na chwilę zwalnia, ale wiem już, że się nie zatrzyma. Zakręcić ostro nie mam gdzie – zresztą przy tej prędkości, nie mam tyle odwagi. Kolejne ułamki sekund i ta myśl – „za chwilę jest jezdnia i znak STOP”. I kolejna – „nie zatrzyma się”. I następna – „a co jeśli pojedzie autobus z jednej, albo ciężarówka z drugiej strony?”…

Z tą myślą zostaję kilka sekund, ale mija wieczność. Choć to ruchliwa droga przejeżdżał samochód – był dość daleko, zdążył wyhamować. Udało się! Ale to chwilowa radość bo gonitwa trwa. Nie czuję już rąk, ciągnę wodze tak jakbym miała jej zrobić krzywdę, ale w tej jednej chwili nie dbam o to. W mojej głowie trwa walka o życie. Wiem, że upadek przy tej prędkości, na śliskim bruku, może być kwestią czasu i mieć marne skutki więc za wszelką cenę staram się utrzymać. To nieprawda, że w takich chwilach całe życie staje przed oczami. To są kadry, krótka projekcja skojarzeń. Scena z filmu, uśmiech bliskich, jego wypowiedziane w pośpiechu zadnie: „uważaj na siebie, kocham Cię” i nagle kolejna myśl: „jeszcze kawałek, ona biegnie do stajni. Tam się zatrzyma”. I budowa ciągu przyczynowo skutkowego w jednej chwili: „skoro tak, to gdzie jest nisko – żebym zdążyła schylić głowę. Gdzie jest wąsko, żebym zmieściła się z kolanami”. Jest jeszcze zakręt do stajni pod kątem 90 stopni, czyli – kolejna myśl: „siadam na wewnętrznej stronie, na wewnętrznym strzemieniu”. Jest zakręt, udało się. Udało się! Wjechałam do stajni, zatrzymałam w boxie. Nie pamiętam by kiedykolwiek wcześniej tak trzęsły mi się nogi. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, spojrzałam na obie z niedowierzaniem, ale i ogromną miłością. Wyszłam stamtąd. Mój świat zaczął powoli wracać do swojego dawnego rytmu. Spojrzałam w niebo. Pamiętam ten głęboki wdech od którego zakręciło mi się w głowie. Usiadłam na krawężniku. Objęłam się trzęsącymi rękoma i przyszła kolejna myśl. „Jestem szczęściarą, udało się. Może mam coś jednak, tu, do zrobienia?”. Wysłałam SMS: „wszystko OK. Kocham Cię” i nie pamiętam jak skończył się ten dzień.

Wiem jak zaczął się kolejny. Nowe życie zaczęłam pierwszego listopada. Od potwornego bólu pleców, barków i braku czucia w kilku palcach prawej dłoni. To uszkodzone nerwy – dziwne uczucie, choć już wszystko wróciło do normy. Mimo, że chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie, milczałam. Co należy powiedzieć w takiej sytuacji? Cisza jest lepsza a zaduma w dniu Wszystkich Świętych najlepszym usprawiedliwieniem.

Nie minął tydzień i znów pojechałam do stajni. Założyłam siodło, starałam się wrócić jak gdyby nic się nie stało. Ale stało się. Zrozumiałam, że nigdy nie będę miała na nią wpływu, że moje uspokajanie jej nigdy nie będzie silniejsze niż jej strach. Że jestem zależna od jej instynktu, ale nie ma znaku równości pomiędzy jej przetrwaniem a moim życiem. Mijały tygodnie a ja zostawałam z tą myślą po każdym spotkaniu z nią. Pewnego dnia dotarło do mnie, że nie jestem uczciwa wobec siebie. Że nie zauważyłam kiedy moje marzenie się zmieniło. Stanęłam więc w obronie tej najważniejszej dla mnie wartości i kiedy po raz ostatni zsiadałam z jej grzbietu naprawdę poczułam, że nic nie muszę. Że jak nie ja… to ktoś inny. Nie boję się powiedzieć, że się boję. Największą wartością jest rodzina, jest miłość, są marzenia. Ale ponad nimi jest życie. Czasem rezygnacja z jednej drogi oznacza otwarcie innej. Dziecięce marzenia ewoluują. Jak My.
Jak Ty.

Wcześniejszy tekst przeczytasz tutaj.

Weszliśmy na Gerlach! Szczęśliwi popatrzyliśmy na świat z poziomu 2655 m n. p. m.

GOPR7837

– Zaliczyliście Gerlach? – czasem tak brzmiało pytanie po naszym powrocie z Tatr.
– Nie, nie zaliczyliśmy – odpowiadamy. Dlaczego? Bo „odhaczanie” spełnionych marzeń nie pozostawia przestrzeni na radość, celebrowanie minionych chwil, przeżywanie. Każe się spieszyć po kolejny punkt na liście. Skraca i przede wszystkim spłyca pokonaną drogę. A my nie ścigamy się czasem ani z nikim innym. Nie pędzimy po następne „zaliczenie” bo nie mamy szczególnej listy celów – ot, raptem J kilka marzeń. To one są dla nas początkiem drogi. Motywacją, która pcha do przodu, ale nigdy nie goni. Najpiękniejszym marzeniem jest przecież to, któremu pozwala się dojrzewać wraz z sobą.

Od dawna marzyłam by w końcu pojechać w wysokie góry i połazić jak za starych, studenckich jeszcze czasów. Bardzo chciałam odwiedzić stare ścieżki: Dolinę Strążyską i Ścieżkę pod reglami, Halę Gąsienicową , Dolinę Chochołowską, Sarnią skałę, może Giewont – układałam plan w głowie i na mapie. Góromaniacy mieszkający na nizinach liczą czas od jednego do drugiego wyjazdu w góry :) więc kiedy w połowie listopada pojawił się długi weekend wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy odliczać dni.

Dwa tygodnie przed wyjazdem obserwowaliśmy pogodę. Prognozy na połowę listopada wskazywały utrzymującą się zimową aurę, a śnieg, który spadł w Tatrach jeszcze w październiku miał otrzymać nową warstwę świeżego puchu. Mieliśmy więc od wyboru – zabrać deski snowboardowe 😉 albo zmodyfikować plan.

Skontaktowaliśmy się z Grzegorzem Bargielem, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/ UIAGM. Wiedzieliśmy, że jeśli w takich warunkach mamy iść w góry to tylko z nim. Kilka telefonicznych konsultacji co do potrzebnego sprzętu, ubioru i prawie nieprzespana noc poprzedzająca dzień wyjazdu- reisefieber nie przechodzi z wiekiem :)

To co, chcecie iść na Gerlach?
Na Gerlach wchodziliśmy drugiego dnia naszego pobytu w Zakopanem. Dokładnie pamiętam pytanie Grzegorza o cel tej wyprawy. Schodziliśmy wtedy z Mnicha podekscytowani, szczęśliwi, ale skupieni. – „To co, chcecie iść na Gerlach” – rzucone nagle tak naturalnie, jakby dotyczyło wyboru płatków czy jajecznicy na śniadanie. Oczywiście, że pojawienie się przewodnika wysokogórskiego budzi chęć podkręcenia planu. Po cichu nawet marzyliśmy o królu Karpat, ale nie chcieliśmy by ta góra przysłoniła nam prawdziwy cel podróży. Nie przyjechaliśmy tam przecież dla niej tylko dla siebie.

Czy się bałam? Jasne. Też. Ale więcej było podekscytowania i góra radości na samą myśl o prowadzącej drodze na szczyt. -„Pamiętaj idziemy z najlepszym przewodnikiem, trzeba mu zaufać i słuchać poleceń, on wie co robi” – przypomniałam sobie słowa, które przed wyjazdem słyszałam dość często 😉 I rzeczywiście wszystko w tym zdaniu jest prawdą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się tak profesjonalnych w swojej pracy ludzi. Chciałabym mieć 15% opanowania Grzegorza i chociaż 10% jego spokoju.

Gerlach w zasięgu!!!
Chyba dopiero kiedy ustawiałam budzik na 4.00 dotarło do mnie, że rano ten sen będzie się dalej śnił. Mimo, że spałam słabo i krótko wstałam wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Obyło się nawet bez mruczenia wyzwisk pod jego adresem, a proces mojej porannej aktywacji skrócił się przynajmniej o 20 minut. Wychodząc w góry przecież nie ma wątpliwości w co się ubrać i jakie buty włożyć 😉 :)

Podróż z Zakopanego na Słowację zajęła nam około godziny. Im bliżej byliśmy celu tym niebo stawało się mniej granatowe. Kiedy dotarliśmy do Domu Śląskiego – początku drogi na Gerlach na naszych oczach rozpoczynał się spektakl. Wschód słońca o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Nie sposób opisać ferii barw na horyzoncie. O 6.30 po raz pierwszy zaparło nam dech.

Atakujemy szczyt
Wyruszyliśmy w górę przez tzw. Wielicką Próbę. Na Gerlach nie ma wytyczonego szlaku, a trasa jest trudna technicznie, ze sporą ekspozycją ścieżek. Jest wiele niebezpiecznych momentów ze sporymi urwiskami skalnymi, które można bezpiecznie obejść znając drogę. By wejść na szczyt, poza znajomością drogi i specjalistycznym sprzętem potrzebne jest też zezwolenie słowackiego parku narodowego. Nie ma więc innej możliwości na bezpieczne i legalne wejście na Gerlach niż z asekuracją przewodnika wysokogórskiego UIAGM. Grzegorz poprowadził nas w górę i dół jak po sznurku, czy raczej linie, którą byliśmy związani już od pierwszych, trudniejszych momentów. Szedł pierwszy, czasem podpowiadając w którym miejscu stawiać stopy, a czasem – na trudniejszych etapach, pokazywał całą strategię :) na pokonanie odcinka. Od momentu spięcia liną jedyną obowiązującą jednostką czasu jest „tu i teraz”.

Każda droga, czy wejście na szczyt – choć męczące fizycznie przynosi spokój i daje wytchnienie od codziennych spraw. Kiedy wychodzę w góry nie ma siły, która mogłaby skierować moje myśli na inne tory niż szlak, którym idę. Tym razem jednak, wrzucając telefon do plecaka zapomniałam wyciszyć dźwięki. Kiedy więc zadzwonił w pierwszych ułamkach sekund nie wiedziałam co się dzieje. Nie rozpoznałam dźwięku, którego nie zmieniałam przez ostatni rok. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to telefon. Że mój i, że dzwoni. Dziwne wrażenie – podobne do tego, kiedy budzisz się ze snu w najlepszym momencie i chcesz jak najszybciej zasnąć by śnił się dalej. Całe szczęście w tym przypadku jest to całkowicie możliwe.

Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą
Ile zajęło nam wejście na szczyt? Nie wiem. Kilka godzin. Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą :) Wrażenia ze szczytu? Radość i szczęście, przestrzeń i wolność, zachwyt. Błękit nieba, blask słońca, które w listopadzie nie zdarza się co dzień. Serce bije szybciej, ale nie wiadomo czy ze zmęczenia, euforii, czy strachu przed przepaściami tuż obok. Staję na wierzchołku, patrzę w turkusowe oko gerlachowskiego krzyża. Jestem na najwyższym szczycie Karpat – 2655 m n.p.m. Uśmiecham się. Cieszę. I tylko nie skaczę z radości 😉

Powietrze robi się jednak coraz zimniejsze a wiatr wzmaga na sile. Trzeba schodzić w dół. Jeszcze klika pamiątkowych fotek, łyk ciepłej herbaty z termosu i wracamy. Schodzimy przez tzw. Batyżowiecką próbę. To najtrudniejszy odcinek podczas drogi w dół. Sporo ekspozycji, luźnych kamieni i stalowych, pionowych schodków wmontowanych w skały. Często, żeby móc stanąć na stopniu niżej musimy maksymalnie wyciągnąć ręce by złapać stopnień wyżej. Przewodnik idzie ostatni, asekuruje nas w trudniejszych momentach, których liczba zwiększa się wraz ze wzrostem nachylenia zbocza. Wykorzystujemy punkty asekuracyjne wbite w skały, czasem zjeżdżamy po linie. Są miejsca, kiedy idziemy po śniegu, uważnie omijając szkliste, lodowe odcinki a czasem zatrzymujemy się na chwilę.

Każdy postój na uspokojenie oddechu wykorzystujemy na zatrzymanie obrazów. Rejestrujemy te wszystkie stopklatki z uwagą. Stopniowo schodząc w dół sprowadzamy nasze „tu i teraz” do wspomnienia. Kiedy na wysokości Batyżowieckiego stawu jest na tyle bezpiecznie, że zdejmujemy uprząż, a kaski chowamy do plecaka, zaczynamy powoli tęsknić. Przedłużamy więc czas wyprawy pozwalając sobie na chwilę relaksu nad wodą. Jest tak ciepło, że rozkładamy kurtki na ziemi jak koce i leżymy gapiąc się w niebo.

Ile czasu byliśmy w górach? Nie wiem. Bo czy można zmierzyć czas trwania „tu i teraz”? Nasza historia z Gerlachem w tle staje się wspomnieniem, opowieścią o radości, przestrzeni, sile woli i szczęściu. Nie zaczyna się od „zaliczyliśmy Gerlach” bo zrobiliśmy wiele więcej. Przekonaliśmy się, że rzeczywiście czasem wraz z marzeniem dostajemy siłę na jego realizację. Jeśli przychodzi właściwy czas, znajdujemy się we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi. Nawet pogoda właściwie jest wymarzona. Lato w listopadzie w wysokich Tatrach nie zdarza się często a nam się zdarzyło. Śnieg zaczął prószyć kiedy kładliśmy się spać.

PS. O naszej wyprawie w Tatry przeczytacie również tutaj.

PS2. Relacja z wyprawy na Mnicha się pisze 😉